Dawno minął rok od naszego ostatniego publicznego występu. Można śmiało powiedzieć, że to czasowy bufor, który rozdzielił dwie epoki funkcjonowania Plug&Play. Nikt z nas tego oficjalnie nie przyznał w tak zwanej komunikacji (która nie jest wcale komunikacją, a raczej wysyłaniem w kosmiczną pustkę sygnałów kontrolnych, poszukujących jakiegokolwiek bytu będącego w stanie wytworzyć ho).

Ale wygląda na to, że chyba po raz pierwszy po prawie dziesięciu latach działania zespołu poczuliśmy coś innego. Obserwowaliśmy jak rozpada się – krok ko kroku – scena, którą współtworzyliśmy i jak w ten subtelny świat, opierający się na najpiękniejszych relacjach, jakie może mieć artysta z odbiorcą, wkraczają mechanizmy, które rozpieprzą go na części, z których każda stanowi karykaturę całości.

Odkąd pomiędzy nami naszymi fanami stanął mur organizatorów, dyrektorów artystycznych, managerów, animatorów i urzędników, żaden koncert nie był już taki jak kiedyś i żaden człowiek pod sceną nie był już tym, dla którego warto jest grać. Nagle Fani zmienili się w beneficjentów, Słuchacze w konsumentów, Koncert zmienił się w radio na żywo, które ma się ochotę ściszyć gdy zagłusza rozmowy, wreszcie Przeżywanie zamieniło się w przeżuwanie. Widzieliśmy to ze sceny, z tego miejsca widać bardzo dobrze, bo nie tylko oni oglądali nas, my na nich też patrzyliśmy. Na tych, co udawali publiczność.

Jesteśmy zanurzeni w muzyce tak bardzo, że nie ma aż tak wielkiego znaczenia to, czy gramy dla siebie samych, czy tysiąca osób z rozmytymi twarzami, tworzymy cały czas i nagrywamy kolejny album, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Jest jednak trochę rzeczy, których muzyka nie przeniesie, jest dziesięć lat zdarzeń i ludzi, które w życiu nie znajdą się w press packu, a które sprawiły, że Plug&Play jest takie jakie jest. 10 lat to dobry pretekst, żeby zebrać je w jednym miejscu i przechować na wypadek, gdyby entropia przybrała na sile.

 

Trzeba to będzie kiedyś uporządkować, ten ogromny zbiór wspomnień i sytuacji, ale teraz nie ma takiej możliwości. Momenty przypominają się losowo o przeskakują z 2006 do 2016 jakby leżały we wspólnym łóżku. Chaos chyba zawsze był i jest najdoskonalszym organizatorem naszego życia w Plug&Play, niech więc dalej robi swoją robotę.

#

siedzimy z Bronxem w Tekturze na piętrze i nagrywamy perkusję do drugiej epki. Wyraźny postęp technologiczny w stosunku do Electric Night nagrywamy perkusję na 4 ślady, wcześniej były 3. Trochę swoich mikrofonów, jakiś rejestrator pożyczony od kogoś z TVP Lublin, jest Boże Ciało, na mieście spokój. Musimy nagrać 4 kawałki w 2 dni. Matz załatwił samochód od Deda, więc udało się przewieźć za jednym razem komputer z monitorem i kable. Upał i totalna podjarka bo minutę temu skończyliśmy rozmawiać z Łukaszem Ziółkowskim, który zaprosił nas na Openera. Za chwilę zaczniemy dzwonić po ludziach i rozpowiadać najbardziej nieprawdopodobny news świata. Potem jakiś typek napisze na Porcys, że Whoreship była zmarnowaniem studyjnego czasu.  I że też dzwonił do kolegi, żeby wspólnie z nas szydzić. Że jedziemy na Opena. Widać dostarczamy preteksty do różnych form przeżywania radości.

#

zapraszamy do znajomych na Majspejsie Interpol. Przyjęcie uzależnione jest od zgody zespołu. Interpol nie przyjmuje nas do przyjaciół.

#

wprowadzamy na listę przebojów Akademickiego Radia Centrum utwór Ready for Rapture z nieoficjalnego Demo II; każdego tygodnia w piątek spotykamy się z naszymi ludźmi na stancji u Kuby żeby pić alkohol, oglądać filmy i głosować na piosenkę smsami; ku ogromnemu żalowi prowadzących wyrażanemu jawnie na antenie, Ready for Rapture zajmuje pierwsze miejsce na liście przez kilka tygodni z rzędu; słuchacze piszą do rozgłośni, że przy tym kawałku “opony im w samochodzie parcieją”; robimy to jeszcze przez jakiś czas, a potem odpuszczamy i kawałek wypada z listy;

#

gramy próbę w elektrociepłowni, spora sala z pingpongiem – przedzieliliśmy ją szmatami, żeby jakoś ogarnąć akustykę. Tłuczemy się jak zawsze, Kuba drze ryja, Maciek napieprza w bębny. Jazgot. W pewnym momencie wchodzi robotnik z kiełbasą w ręku i z pełną gębą każe nam się zamknąć dopóki on nie skończy jeść, bo mu przeszkadzamy w konsumpcji. Wychodzi. Jesteśmy cicho. Po kwadransie wznawiamy próbę. Już nie jest tak energetycznie.

#

pierwszy koncert w Jadłodajni Filozoficznej i drugi w karierze. Jedziemy pociągiem. Michał wiezie blachy w reklamówce Diverse. Zajadamy kanapki i nie możemy usiedzieć w miejscu. Listopad, wszystko jest ciemne i zimne. Magda B. kameruje. Eryk z Out of Tune wyjeżdża po nas autobusem miejskim. NA backstage chłopaki z OOT zamawiają pizzę, ledwo możemy przełykać. Potem gramy bardzo zły koncert. Nie umiemy grać, nie umiemy śpiewać, nie wyglądamy i poruszamy się jak debile. Parę osób z Warszawy wyrabia sobie o nas na jego podstawie zdanie raz na zawsze, niezależnie od tego, co dalej zrobimy. Ale gramy Loveless, które dwa miesiące później znajdzie się na pierwszym demie. Nóżki ludziom jakby chodzą. Chyba zaczynamy łapać o co w tym chodzi.

#

przychodzi mail od producenta telewizyjnego talent show – przyjeżdżajcie, bierzemy Was bez eliminacji, będziecie w Polsacie. Nie odpowiadamy.

#

pierwszy mail od fanki. Deklaruje całkowite oddanie zespołowi i uwielbienie dla naszej muzyki. Szczególne propozycje kieruje w stronę Kuby. Zamawia epki i płaci za nie więcej niż wynosi cena. Potem wysyła jeszcze kilka przekazów pocztowych z pieniędzmi na rozwój zespołu. Kontakt po jakimś czasie się urywa.

#

koncert w Hard Rock Cafe Warsaw, w ramach promowania Pepsi, gramy ze Stop mi i z jeszcze jakimś zespołem. Nie mamy kasy na dojazd, więc organizujemy składkowego busa. Zapełniamy wszystkie miejsca. Siedzimy na ostatnich siedzeniach. Wstydzimy się zagadywać do ludzi, którzy z nami jadą. mimo, że ich znamy. W timeline koncertu jesteśmy ustawieni na końcu, czyli jakby najważniejsi. Drugi zespół przeciąga swój koncert daleko poza swój czas. Wymuszają na publice prośbę o bisowanie. Bisują przeciągając utwór. W tym czasie upijamy się na backstage. Gramy bardzo agresywny i głośny koncert – praktycznie bez próby dźwięku, bo dojechaliśmy późno – po pracy. Młody gra na gitarze za 300 zł, bo inne – pożyczone ukradli mu w Tekturze. Nie starczy nam czasu żeby zagrać do końca cały set, organizator po prostu nam przerywa. Ludzie muszą również zdążyć na ostatnie autobusy do domu, sala szybko pustoszeje. Jeszcze troszkę się podbawiamy i też wracamy do Lublina.

 #

dzwoni Szymon, mówi że było włamanie do Tektury, w której mamy salę prób. Drugi raz ukradli nam sprzęt. Najgorzej ma Wojtek. Dwie pożyczone gitary i lampowy przester raz trochę innych efektów. Do tego kolumna, słuchawki, jakieś pokrowce. Zapada decyzja o kupnie lepszych zabezpieczeń, kłódek i skobli do naszej salki. Kolejne włamanie wytrzymają, ale my uciekniemy z tego miejsca. Nie możemy ryzykować.

#

koncert w Radomiu z Out of Tune. Nie mamy jak dojechać. Współlokator Kuby jest z okolic Radomia i ma samochód. Pożyczamy piec basowy ze szkoły muzycznej i wyruszamy. Po kilkudziesięciu kilometrach okazuje się, że nie mamy zamkniętego bagażnika. Piec nie wypadł. Na miejscu okazuje się, że nasi ludzie przyjechali na nasz koncert specjalnie z Lublina. Piękna niespodzianka. Gramy świetny koncert, w 1/3 z zerwaną struną h. Osoby z publiki podchodzą, fotografują się z nami. Ładne dziewczyny. Poznajemy Mirandę. Out of Tune ma swoje przypinki – rewelacyjny pomysł, też potem swoje zrobimy. Po koncercie wyrzucają nas z Jack Rocks ok. północy. Część kapeli wraca samochodem, część zostaje w Radomiu i czeka na pociąg o 5:30. Pijemy na stacji benzynowej potem bierzemy taksówkę, z trórej wypadł pijany dres. Mazak dostaje ataku bólu brzucha, wzywamy karetkę. Stawiają ją na na nogi, idziemy na dworzec i czekamy na pociąg. Ok. 7:30 jesteśmy w Lublinie.

#

jedziemy na koncert do Berlina. Samochodem mamy Maćka. Głowa przygotował dwa baniaki cytrynówki własnej roboty. Niemcy będą mocno poruszeni tym napojem. Pijemy na mieście, tam wolno, Głowa oblewa spodnie piwem. Nie przejmujemy się tym. Jesteśmy Plug&Play i przyjechaliśmy tu na koncert.

#

robią o nas materiał w lokalnej telewizji, mówimy o najważniejszych wartościach, które płyną z aktywnego grania muzyki i opowiadamy o wizji zespołu za kilka lat oraz gotowości na dużą popularność. Uderzamy w bardzo osobiste tony, przestrzeń jest ciemna, równorzędnym aktorem w tej scenerii jest światłocień. Na potrzeby przebitek biegamy po studio oraz robimy fikołki.

#

kręcimy teledysk do For us it’s just the start z Lubelskimi Czaderkami, zaplanowaliśmy choreografię na tle stopniowo obniżającego się ku trawie słońca, ciepły obraz miał współbrzmieć z radością starszych pań uprawiających aktywność fizyczną. Od rana pada, słońce nie pokazało się ani na minutę, musimy przenieść zdjęcia pod dach muszli koncertowej w parku. Kuba z Maćkiem stoją w kurtkach przeciwdeszczowych i palą papierosy. W to samo miejsce przyszli chłopaki poćwiczyć freestyle football. Zagadujemy, czy nie chcą wystąpić. Zgadzają się, więc dopisujemy ich do scenariusza. Jesteśmy zadowoleni, że zrobiliśmy coś spontanicznie i odważyliśmy się zagadać.

 #

robimy awantury na Gronie, wyzywamy się z ludźmi, którzy nie koniecznie podzielają nasze fascynacje muzyczne, obrażamy się wzajemnie, wysłuchujemy wiele cierpkich słów na temat zespołu, czynimy osobiste wycieczki i robimy sobie wrogów na lata

#

gramy w Rzeszowie, supportuje nas zespół Mr. Kiełbass (albo jakoś tak), Kuba przez całą drogę do Rzeszowa narzeka na ból gardła i łagodzi swoje dolegliwości miodówką, przy zejściu ze sceny spada do “backstage” z wysokości ok 1,3m i rani sobie przedramię; udaje mu się jednak wyjść na scenę aby zagrać bisy; po koncercie zostajemy królewsko przyjęci na domowym afterparty u dwóch sióstr, które bardzo lubią naszą muzykę i zorganizowały nam rzeszowski występ, jest szwedzki stół, napoje i alkohol; bardzo miły wieczór; zespół śpi w jednym pokoju, siostry w drugim;

#

imprezujemy w plenerze, na miasteczku uniwersyteckim, jest druga połowa lata, Kuba z Luizą idą siku w okolice Akademickiego Ośrodka Sportowego, Luiza śpiewa Kubie psalmy, Kuba prosi o wielokrotne powtarzanie; za kilka tygodni spotykamy się w Lulu, po krótkiej rozmowie Luiza przystępuje do zespołu;

#

Radio Centrum zaprasza nas do zagrania koncertu akustycznego transmitowanego na żywo; przygotowujemy cztery kawałki Ready for rapture, Like a song, She only fucks with the music i Orange sky; zabieramy ze sobą przyjaciółki, żeby robiły nam zdjęcia i nagrywały; podczas próby okazuje się, że transmisja na żywo idzie z jakimś przydźwiękiem, którego nie można się pozbyć; nagrywamy koncert razem z zapowiedziami, a radio emituje go jako wydarzenie live; jest to największe oszustwo w historii Plug&Play

#

gramy w Stacji Mercedes na Powiślu, Tomek załatwia kolegów kamerzystów z TVNu, miejsce jest czyste, obsługa kulturalna, przewidziana jest pula bezpłatnych napojów alkoholowych dla publiczności, na zewnątrz pawilonu ze sceną rozłożone są leżaki; zaczynamy koncert, większość ludzi zostaje na leżakach, grupa słuchaczy znajduje się pod sceną, przed nami zaczynają tańczyć małe dziewczynki, które przyszły tu z rodzicami po 40-stce; po koncercie przychodzą do nas po autografy i kupują single “Orphan ghost”, Neil jest zachwycony, na drugi dzień dzwoni i zapewnia, że jednak dorzuci się do produkcji teledysku;

#

gramy na otrzęsinach kulturoznawstwa UMCS; jako wzmacniacza basowego używamy Vermony 1060 z podłączoną kolumną typu DIY (później ukradną ją nam z Tektury), mamy perkusję Stagg i mikrofon Unitra, stołówka akademicka wypełniona jest kilkoma rocznikami studentów, na Wojtka coraz silniej napierają pijani pankowcy starej szkoły, którzy śmierdzą i bełkoczą prośby o granie utworów Pidżamy Porno; odpychamy ich i unikamy, jednak robią się coraz bardziej agresywni, ktoś wzywa policję, która wraz z ochroną miasteczka akademickiego traktuje ich gazem pieprzowym, trochę bije, skuwa i wyprowadza z sali; udaje się dokończyć koncert; na drugi dzień zabieramy sprzęt wynajętą ciężarówką, w której ktoś wcześniej wiózł zwierzęta;

#

udzielamy wywiadu w radio, podczas którego porównujemy muzykę heavymetalową do holocaustu

#

dzień przed wyjazdem na Openera, gdzie mamy grać koncert, uświadamiamy Wojtkowi, że ufundowane przez organizatora karnety nie obejmują pola namiotowego; Wojtek śpi w McDonaldzie, a po wyrzuceniu go stamtąd na plaży, rano budzi go dźwięk przejeżdżającego spychacza wyrównującego piach, przyjeżdża do Jula na Wrzesz, żeby się wyspać

#

po koncercie w Biskupcu okazuje się, że mamy ograniczoną ilość alkoholu do spożycia ponieważ właściciel twierdzi, że poprzednim razem, wraz z Hatifnats, prawie puściliśmy go z torbami, po zakończeniu afterparty Kuba wybiera się z Maćkiem na miasto pokazać mu różne miejsca ze swojego dzieciństwa, między innymi wewnętrzne podwórko kamienicy, na którym kiedyś spotkał Sebę bujającego się na trzepaku, po wszystkim, około 3 w nocy wypuszczają w centralnej części miasta pozostałe z Sylwestra fajerwerki;

#

gramy na Nocy Kultury w Tekturze, przed koncertem przewidziane są popisy lokalnych poetów, którzy znacznie przeciągają swoje wystąpienia, Jaś Kapela siada za perkusją Bronxa i wykonuje nieskoordynowane ruchy pałkami, siedzimy obok w sali prób poirytowani, pijemy alkohol, w końcu zaczynamy rzucać w poetów butami aby skończyli, nie wyglądają jakby robiło to na nich wrażenie

#

gramy w Przemyślu w klubie Muha, który działa jak prywatny dom kultury, co nam bardzo imponuje, z nami gra zespół Pigs Like Pigeons , niewiele ludzi przyszło ale są dla nas niezwykle mili, bardzo dobrze bawią się przy naszym występie, po koncercie upijamy się i gramy jam z obecnymi, a w końcu drugi koncert, do Lublina wracamy prawdopodobnie tej samej nocy;

#

mamy grać koncert w studenckim klubie Poziom w Lublinie, który został przerobiony ze stołówki studenckiej, gig ma być połączony ze świętowaniem audycji 120 minut z Radia Centrum, umawiamy się z managerem, że gramy za bilety, jednak po wniesieniu sprzętu na górę słyszymy, że aby do koncertu doszło musimy sami zapłacić za akustyka; unosimy się honorem i odwołujemy koncert, idziemy świętować do dziewczyn na stancję, gdzie odpalamy w jednym pokoju naraz 120 zimnych ogni opalając im wersalkę;

#

koncert w Trójce, w Studio im. Agnieszki Osieckiej, wnosząc sprzęt mijamy grający tego wieczoru z nami Off-sesję zespół The Black Tapes, słyszymy za plecami ironiczne komentarze, że ubieramy się w H&M-ie, to krzywdząca opinia, żadnego z nas nie stać wtedy na ciuchy z H&M;

#

gramy w Krakowie, w klubie Żaczek razem z Hatifnats i The Recycling Center, prawie nikt nie przyszedł, bo w tym samym czasie w mieście gra Hey czy Kult, jeden z naszych “znajomych” ostentacyjnie bierze krzesło i siada na nim naprzeciwko sceny; po koncercie nie mamy gdzie spać więc wbijamy się na waleta do akademika, gdzie pokój mają Hatifnats i rozpoczynamy całonocną libację, z której zdjęcia mogłyby stanowić ilustrację do wydania premium Lubiewa; rano wyskakujemy przez okno i wsiadamy w samochód do Lublina;

#

na drugi koncert do Przemyśla pożyczamy tradycyjnie Kangoo od Marcina, pakujemy się po sufit, bo chcemy zabrać jak najwięcej własnego sprzętu; przez nieuwagę wypadamy z drogi i dachujemy, latająca po kabinie kolumna odsłuchowa uszkadza trochę głowę Michała, z wozu pomagają nam się wydostać inni kierowcy i okoliczni mieszkańcy, samochód jest do kasacji, wracamy do Lublina, kupujemy piwo, pijemy i słuchamy The Smiths, There is a light that never goes out